Wspomnieniowo

„Wspomnieniowo-wakacyjnie” przy okazji dni słonecznych i wiosennych, w ramach przerwy od pisania pracy co magistrem uczyni mnie, postanowiłam przypomnieć parę widoków kojących i pięknych, obiecujących w moim życiu przyszłym obecność podróży dalszych.






Tymczasem do tradycji blogowej powracam reminiscencjami Indonezyjskimi…

Ja oczy ciesze, cieszcie i Wy!





Tak więc…

Do miłego*

Opublikowano Indo, różnie podróżnie | Skomentuj

Corn City

Możliwość funkcjonowania w otoczeniu estetycznie absolutnie fenomenalnym (mam na myśli rok życia w Kopenhadze, oczywiście) utwierdziło mnie w przekonaniu, że wygląd i funkcjonalność w zagospodarowaniu przestrzeni, przekłada się na jakość życia. I to bardzo.

A co się z tym wiąże na radość i łatwość przebywania w miejscach. Ot, taka nieskrępowana lekkość bytu, której doświadczałam każdego „kopenhaskiego dnia”, czy to w bibliotece, na uniwersytecie, na ulicy czy też w parku.

„Lekkość bytu”, która jest celem moich poszukiwań za każdym razem gdy odwiedzam nowe miasto, przy okazji wczasów ostatnich, została osiągnięta. Chicago architektonicznie mnie dopieściło, zaspakajając najróżniejsze fantazje o amerykańskim śnie.  Jednak pośród szklanych drapaczy chmur, monumentalnych budynków i gipsowych lwów ozdabiających wejścia amerykańskich domów, to co przykuło moją uwagę najbardziej, to kompleks Marina City, projektu amerykańskiego architekta Bertranda Goldberga.

Marina City, nazywana inaczej „kolbami kukurydzy”, w okresie ukończenia budowy (1964 roku) była najwyższym kompleksem budynków mieszkalnych świata. Celem projektu było stworzenie miasta w mieście – budynki, oprócz apartamentów, wyposażone są, w teatr, basen, lodowisko, siłownie, sklepy, restauracje i port, oczywiście.  

Marina City, była pierwszą, zarówno w Stanach jak i na świecie, „mieszkaniówką” tego typu. Koncepcja stworzenia, miasta w mieście, mająca na celu zapewnić mieszkańcom łatwy dostęp do najróżniejszych „umilaczy” życia, będących świadectwem każdego rozwijającego się miasta, takich jak kino, czy restauracje, stała się wzorem dla reszty amerykańskich (i nie tylko) miast, które przy projektach urbanistycznych implementowały podobne rozwiązania mieszkaniowe, właśnie na wzór mariny.   

To co wydaje mi się najciekawsze w tym przedsięwzięciu, to innowacyjność pomysłu Goltberga. Jego pomysł stworzenia „miasta w mieście” mającego na celu zachęcić ludzi do mieszkania w centrum miasta, mających to centrum ożywić, było odpowiedzią na zmiany zachodzące w powojennym społeczeństwie amerykańskim, nastawionym na rozwój. Innymi słowy, ludzie zaczęli żyć szybciej i intensywniej, a miasto musiało się do tych zmian dostosować.

A ja tę wizję kupuję. Oczami za pośrednictwem canona, przynajmniej.

Poniżej kilka wizualnych portretów kukurydzianego miasta.

Miasto fajne. I stojaki też. Do pozazdroszczenia.

Miłego początku tygodnia

Opublikowano US & A, różnie podróżnie | Skomentuj

Chicago

Chicago…

Miasto-matka drapaczy chmur, wielu Polaków i innych opcji multi-kulti, potocznie nazywana przez mieszkańców i przyjezdnych „windy city”, było moim ostatnim celem wakacyjno-wypoczynkowym – jak zgrabnie określiłam swój wyjazd, prosząc w pracy o urlop.

Jak się okazało i wakacje i wypoczynek były możliwe. Moja „host mama” spisała się na medal. Zaopiekowała się, nakarmiła, napoiła, pokazała i wysłuchała. I nawet pogodę, iście jak ze snu amerykańskiego, zamówiła.

A wyjazd minął pod znakiem…

Dnia pierwszego, szukania odpowiedniego przebrania na zabawę z duchami i innymi wampirami (stanęło na instruktorce fitnessu w stylu wczesnej Jane Fondy, a co)

Dnia drugiego, pod znakiem odsypiania, spacerowania i przyzwyczajania się do nieustannego zadzierania głowy do góry.

Dnia trzeciego, pod znakiem gubienia aparatu i go odnajdywania, spełniania dziecięcych marzeń o zawodzie strażaka, zabawy pt. „znaleźć rower”, próbie odnalezienia się w świecie Vistoria Secret (który zmęczył nas przeokrutnie..), a na koniec  (co by ten kolejny dzień z serii „stresujące wakacje w Ameryce” strawić) pod znakiem stawiania czoła najgorszym drinkom świata w towarzystwie pizzy i miliona dzieci w przedziale wiekowym od 0 do 10, chodzących z plastikowymi wiaderkami/dyniami krzyczącymi „treat or trick”. Głośno.

Dnia czwartego, pod znakiem ARCHITEKTURY i długiego jak nigdy patrzenia w niebo w akompaniamencie kawy z bayleisem (muszę przyznać, że smak był niezapomniany, a wieżowce jakoś dziwnie zaczęły przybierać formę klocków z tetrisa), latających mew nad głową i leżenia na ławce.

Dnia piątego, pod znakiem zakupów i dużych kanapek, które jak wszystko co amerykańskie i jadalne nie psują się nigdy (prawda Grzybek?)

Dnia szóstego, pod znakiem deszczu (ok Wisia nie spsiałaś się na medal tak w 100%) i blusa mistrzunio.

Dnia siódmego, pod znakiem bezcennego Millenium Park w słońcu i jeszcze bardziej obezwładniającego duszę widoku ukochanego obrazu w oryginale, bez obstawy innych zwiedzających. Dzień ten zakończył się niechlubnym patrzeniem w ścianę ; zobaczenie na żywo „nighthawks” okazało się traumatyczne. 

A na koniec… tak na deser, zobaczyłam esencje amerykańskiej architektury mieszkalnej w wersji lekkiego fiusion. Bez ideologii i podniosłych deklamacji w stylu „sky is the limit”. Bezcenne!

Ale te lwy będą mi się śnić po nocach, jak nic. I nie psujące się mleko też.

No, ale cóż Ameryka to Ameryka.

Miłej niedzieli ♥

Opublikowano US & A, różnie podróżnie | 1 komentarz

Ubud

Patrzę w lewo, a tam duże okno. Za oknem boisko. W prawo drzwi. Uciekam, zamykam. I wracam. Gdzie?

Na wschód. Wschód mniej wschodni niż poprzednim razem, ale nadal daleki. A nawet bardzo. Wschód indonezyjski. Który mimo, że wydaje się być faktem przeszłym i za mgłą, w chwili, gdy patrzę na obrazki wraca. Wykorzystując tę chwilę powrotu do przeszłości opowiem słów kilka o mieście Ubud, który po mikrowysepce Lembongan, był drugim punktem Naszej indonezyjskiej wycieczki.

Miasto Ubud leżące w środkowej części wyspy, a raczej bliżej jej północnego krańca, od czasu wydania książki Elizabeth Gilbert „Jedz, módl się i kochaj” przeżywa istne oblężenie zgłodniałych miłości i metafizycznych doświadczeń ludzi z całego świata.

Konsekwencją tego, było: duże zagęszczenie ludzi na metr kwadratowy, mniejsza ilość tlenu „oddychalnego”, nagła miłość do miejsc klimatyzowanych i przede wszystkim ogromna tęsknota za Lembongan.

Po pierwszym wieczorze awersja do miejsc przeludnionych została opanowana.

Dnia drugiego po doświadczeniu kulinarnych uniesień zaczęło Nam się podobać.

Dnia trzeciego, po wycieczce rowerowej wśród pól ryżowych stwierdziłyśmy, że domek wakacyjny na jednym ze wzgórz otaczających miasto nie byłby złym pomysłem.

Powiem w skrócie – posmakowałyśmy, pojeździłyśmy na rowerze, zobaczyłyśmy tradycyjny taniec balijski w wykonaniu młodych dziewczynek, przy dość dziwnym akompaniamencie cymbałowo-bębnowym (nie docenienie głębi dźwięków, to na pewno wina braku muzycznego wykształcenia…) wdrapałyśmy się na wulkan. No i zjadłyśmy dużo  jajek (bo dużo ich tam).

A po 4. dniach, z nieukrywaną radością (perspektywa powrotu na plaże była jednak nie bywale kusząca, po spędzeniu kilku dni w otoczeniu górzystym) udałyśmy się na południe, które miało być ostatnim punktem naszej wycieczki…

Zdjęcie powyżej, przedstawia widok na taras najpiekniejszego Starbucksu świata. Czasami przemysł globalny nie jest taki straszny.

Miłej niedzieli ♥

Opublikowano Indo, różnie podróżnie | Skomentuj

BALI z perspektywy innej

Jakiś czas temu zostałam poproszona o napisanie krótkiego artykułu. Wybór tematu wydał mi się oczywisty… W szczególności, że pisanina dotyczyć miała podróżowania.

Poniżej relacja ze szczytu balijskiego wulkanu. Relacji oczywiście towarzyszą zdjęcia. Róznorodnością jednak nie zaskoczę…  Perspektywa będzie właściwie ta sama, widok również. Tylko kolory inne. Bo zdjęcia robione były pomiędzy godziną 6, a 7 rano kiedy na Bali wstawał nowy dzień.

„O BALI, RAJU UTRACONYM I ZDOBYTYM ORAZ SPOSOBACH NA PRZEŻYCIA INTYMNE”

Indonezyjska wyspa Bali, raj obiecany, który kusi przyjezdnych uniesieniami na pograniczu realności, ma też drugie oblicze. Tabuny turystów, którzy w koszulkach „I love Bali”, z przewodnikami „Lonely Planet” pod pachą zalewają masowo ulice i plaże wyspy, skutecznie utwierdzają w przekonaniu, że globalny rynek turystyczny to fakt nieodwołalny.

Bycie turystą/odkrywcą w dzisiejszych czasach to nie lada wyzwanie. Wścibski nos rządnych doznań i przygód rzeszy turystów z całego świata, bezbłędnie z miejsc niezwykłych i wyjątkowych, czyni je znośnymi, co najwyżej miłymi.

Gdzie więc poszukiwać uniesień? Jakim sposobem w tłumie innych spragnionych wrażeń odnaleźć coś co będzie intymne, prywatne i tylko twoje (nawet jeżeli dzielone z wieloma innymi, których myślą podobnie) ?

Oczywiście można szukać na sposobów wiele. Można podróżować autostopem, bez pieniędzy, mapy, samotnie, na rowerze. Można też celowo stawiać się w sytuacjach lekko niekomfortowych, aby początkowe trudy na końcu wynagradzane były doświadczeniami osobliwymi. Mi się udało. Ale najpierw parę słów o drodze do celu. A droga była stroma i kręta, oświetlona nieznacznie czołowymi latarkami.

Pomysł, aby wejść na wulkan Batur, położony 40 km na północ od miasta Ubud (malowniczego miasteczka otoczonego niekończącymi się polami ryżowymi, który od czasu premiery filmu „Módl się, jedz i kochaj”, stał się głównym celem podróży tabunów poszukujących siebie samotnych kobiet i nie tylko) w nocy i przywitać z jego szczytu dzień, od początku wydał mi się pomysłem, wartym poświęceń. Nie myliłam się. Mimo pobudki o 3 w nocy, godzinnej jazdy przez kręte drogi północnego Bali oraz 1,5 godzinnym wejściu w ciemnościach i chłodzie, nagroda czekająca na szczycie była warta trudów wszelkich. A nagrodą był widok promieni słońca, które z minuty na minutę stawały się coraz wyraźniejsze, dłuższe i cieplejsze. Nagrodą był smak gorącej herbaty, która ratowała nas przed chłodem świtu. Nagrodą było też niespodziewane spotkanie z lokalnym szczeniakiem, który na widok moich rozwiązanych sznurówek oszalał z radości .

Po oswojeniu się z nowym dniem oraz po przyzwyczajeniu wzroku do cudownego widoku, który przez kilka pierwszych minut światła dziennego pozostawiał wszystkich w lekkim osłupieniu, nadszedł czas na powrót. Powrót w towarzystwie przewodnika towarzyszącego nam od samego początku, okazał się świetną kulturową lekcją. Moje (fascynującego dla niego) opowieści o zimowej jeździe na snowboardzie, przeplatane były jego opowieściami o dużej rodzinie i marzeniach o podróżowaniu. Zresztą nie był On pierwszym Balijczykiem, który z ciekawością małego dziecka, słuchał o wszystkim co spoza Bali. Ich ciekawość jest ogromna. Dla tych bardziej zdystansowanych ich pytania, zadawane często jedno po drugim mogą wydawać się wścibskie, wręcz napastliwe. Ja jednak starałam się traktować to jako inspirującą lekcję poznawczą, która w kameralny sposób pozwalała mi dowiedzieć się czegoś innego, czegoś co nawet świetnie poinformowani wysłannicy „lonely planet” nie byliby w stanie zawrzeć w swoich opisach.  A dowiedziałam się trochę, idąc ramie w ramie z młodych chłopakiem, który w dyskretny sposób oferował pomoc, gdy gęstość powietrza i coraz stromsze progi powodowały utratę tchu, czy w uprzyjmy sposób prosił o kilka minut postoju, gdy mijaliśmy małą kapliczkę, przed którą mógł się pomodlić.

O godzinie 7 wszyscy „zdobywcy wulkanu” powrócili do swoich samochodów. Nagle na około mnie zaroiło się od zmęczonych, ale uśmiechniętych twarzy. Atmosfera intymności dawno się ulotniła. W skwarze dnia, z butelkami wody w ręku, każdy z nas odjechał do swoich hoteli, żeby z przewodnikiem w ręku przy (zasłużonym) śniadaniu zaplanować resztę wakacyjnego dnia na Bali… Może jeszcze gdzieś się spotkamy?”

A może nie… ”

To tak słowem wstępu o Bali. Ciąg dlaszy nastąpi… (chciałoby się powiedzieć later than sooner patrząc na ostatnią częstotliwość jednak, pozostanę wierna wersji sooner than later).

A za oknem pada !! Tak nie może być.

Opublikowano Indo, różnie podróżnie | 2 komentarzy

Lembongan

Po długiej nieobecności w świecie blogosfery, trochę odzwyczajona od tego typu przekazu, wracam z nową porcją zdjęć i „różnych podróżnych” przeżyć.

Po intensywnym czasie, zmianie adresu i państwa pobytu, po odbyciu wycieczek dalszych i bliższych oraz po oswojeniu się z myślą „powrotową” wpuszczę w obieg kilka zdjęć i zdań na temat miejsca charakterem odmiennego od  wszystkiego co kopenhaskie czy warszawskie.

Mam na myśli dwie spośród 17. tysięcy wysp rozdzielających wody Oceanu Spokojnego i Indyjskiego, rozciągniętych na przestrzeni 5. tysięcy kilometrów wzdłuż równika… Mowa tu o Bali i mikro wysepce Lembongan.

Podczas 15 dni spędzonych w Indonezji, po przebyciu wielu kilometrów, odwiedzeniu kilku miejsc, spróbowania różnych balinezyjskich przysmaków oraz po zderzeniu z rafą i nie tylko, wróciłam z przekonaniem że w sumie niewiele udało mi się zobaczyć. Taka różnorodność i odmienność w smakach, temperaturze, kolorach, ludziach czy nawet interpretowaniu symboli (symbol swastyki jest na Bali czy Lembongan ozdobą niejednego budynku… Jest również ozdobą proporczyków niektórych crazy balinezyjskich taxsiarzy… ) wpłyneła na ogólne oszołomienie… Na pewno  podczas kilku pierwszych dni pobytu.

Chociaż oszołomienie może mieć wiele różnych źródeł… Na przykład długa podróż, zmiana czasu, czy „lekka” choroba morska, co w ostatniej części naszego przemieszczania się z punktu A do punktu B, było raczej kluczowe. A podróż do krótkich nie należała. W sumie wyniosła 30 h. 2 przesiadki, jedna podróż samochodem przez zakorkowane miasta Bali, a na koniec rzeczona motorówka, która wywiozła nas z dala od zgiełku Bali na mikro wysepkę, będącą absolutnym rajem na ziemi i najbardziej chillotowym miejscem, w którym dotychczas byłam, czyli na LEMBONGAN, krainę sielską i anielską, na której spotkasz zdecydowanie więcej lokalesów niż turystów, a powietrze pachnie trawą morską, której uprawa stanowi główny dochód wyspiarzy…

A pomiędzy nimi latawce.

Wyspa do zaoferowania ma niewiele, jeżeli liczymy na doznania inne niż te które zapewnia dzień… Noce przychodzą szybko i trwają długo. A alkohol jest na tyle drogi i nie popularny, że taniej i smaczniej można się raczyć ogromną ilością soków owocowych. Ale jeżeli przyjąć, że noc spędzać mamy jednak na spaniu, dzień dostarcza tyle wrażeń , że okres 4 dni można uznać za zdecydowanie niewystarczający, żeby pobyć, poczuć i wypocząć.

My wypoczywałyśmy dzielnie i zgodnie. Moją ulubioną perspektywą była ta z wody. Próby surfowania też były. Łapy odpadały, nogi i stopy bolały po zderzeniach z rafą, ale liczę na powtórkę z rozrywki wcześniej niż później.

A póki co cieszę oczy indonezyjskimi widoczkami, które z perspektywy warszawskiej końcówki wakacji, wydają się tym bardziej sielskie.

Foto relacja z Bali soon. Póki co Lembonganowy chilloucik przy zachodzie słońca.

Miłego ♥

Opublikowano Indo, różnie podróżnie | 6 komentarzy

Copenhagenization

Na rowery HOP !

http://cnn.com/video/?/video/business/2011/06/07/qmb.fc.copenhagenisation.cnn

Miłego piątku ♥

Opublikowano Danish Box | 3 komentarzy

distortion

Powiem w skrócie.

Distortion festival, to kopenhaski sposób na imprezowanie pełną gębą. Bez przerwy, bez umiaru, do końca i jeszcze dłużej. Całe miasto żyje, bawi się, pije, je, siedzi na słońcu, sika gdzie popadnie. Niezależnie od płci, wieku i stanu cywilnego.

Codziennie inna dzielnica. Codziennie inni dje. Codziennie tupanie nogą do białego rana… I tak przez 4 dni…

Szczerze… Ciężko mi się dało wyobrazić Kopenhagę, która z miłego, spokojnego miasta zamienia się w epicentrum melanżu… I to w najlepszym wydaniu (Polska/Rodos zawsze były moim number one)…  Jednak, jak się okazało, wszystko jest możliwe…

To chyba również, jedyny czas w Danii, kiedy wszystkiego jest za dużo, za gęsto… Bez umiaru.  Ja ze swoją słowiańską duszą i sercem, odnalazłam się w tym okolicznościach, jak najlepiej. Postawiłam również na „lekki”, polski akcent. Żeby ułatwić sprawę niektórym i oszukać organizm troszkę (jednak tak codziennie to nie wypada…), postanowiłam zrobić zupę z jabłek i cytryny, no i oczywiście wódki bizonówki. Palce lizać!

Nocne Polaków (i nie tylko) rozmowy, oraz ogólny szał imprezowy, trwał równo dni cztery. Zakończył się w niedzielę leżeniem na słońcu i pluskaniem w kopenhaskich wodach. Każdy dzień wyzwaniem był. Wcale nie jest tak prosto wyciągnąć to co najlepsze z ogólnej masy podniecenia i imprezowego rozentuzjazmowania. My wyciągneliśmy. I nawet udało się nam być stale rozentuzjazmowanym (no prawie stale).

Dzisiaj powrót do rzeczywistości (jak ja to lubię) i powrót na ścieżkę umysłowego rozwoju (myślę, że będzie co nadrabiać, ubytki w umyśle niestety były wliczone w cenę odkryć na pograniczu realności).

Poza tym, jakby nie patrzeć koniec naszej erasmusowej przygody już tuż, tuż… Tak, więc jak w takich warunkach powiedzieć, nie dziękuje?

A na koniec jeszcze… Tak, żeby nie pozostawić już żadnych wątpliwości. Tak się bawiła moja dzielnica w piątek. Juhhhhu. A my razem z nią.

Miłego wtorku ♥

Opublikowano Danish Box | 1 komentarz

„The meat town”

Kopenhaski KØDbyen  nazywany przez wszystkich Meatpacking District, to ukochane miejsce tych, którzy cierpią na bezsenne noce oraz lubią dobrze zjeść.

Białe, industrialne hale zdobiące krajobraz stolicy od początku XX wieku, w 2000 roku zostały zaadaptowane i „zaproponowane” na nowo… Wcześniej rzeźnie, obecnie przestrzeń różnorakich działań związanych z muzyką, imprezami i dobrym jedzeniem…

A tam gdzie dobra muzyka, kluby i restauracje, obecna jest również moda.

Dzisiaj, czyli w piątek 20. przy okazji dnia wolnego od pracy, właściciele sneakers sklepów oraz ich kolekcjonerzy, zebrali się w jednym z zakamarków mięsnego miasta, aby przy piwie, kawałku mięsa (oczywiście) i w rytmach brzmień czarnych, wyprzedać to co do wyprzedania mieli, czyli dużo butów…

Fajnych butów, kolorowych i sportowych, używanych i nowych.

A, że słońce świeciło pierwszy raz od kilku szarych dni, perspektywa szwędania się wzdłuż i wszerz wydała się idealnym pretekstem, aby odsunąć w czasie to co zbliża się wielkimi krokami, czyli czas sesji i wytężonej pracy umysłowej.

I tak sobie myślę, niewiele trzeba, żeby ze zwykłego pozbywania się starych kolekcji, przez kilka niezależnych sklepów, zrobić fajne wydarzenie.

Potrzeba niewiele – Trochę słońca, muzyki, jedzenia, woli kolektywnego działania i oczywiście odpowiedni strój na tę okazję.

Ja wybieram opcję neon. Spodenki mistrz.

Miłego weekendu ♥

Opublikowano Danish Box | Skomentuj

Czas na relaks

Duńczycy wiedzą, jak sobie dogodzić.

Życie w najszczęśliwszym kraju świata zobowiązuje…

Ale, co czyni Danię najszczęśliwszym krajem świata, a Duńczyków najszczęśliwymi jej mieszkańcami?

Może lepiej zacząć od pytania, czym szczęście w ogóle jest? Badania nad „szczęściem”, prowadzone od wielu lat przez badaczy na całym świecie, nie dały jednoznacznej odpowiedzi. Wiadomo na pewno, że to, co powoduje i sprawia, że ludzie są szczęśliwi, to satysfakcjonujące życie.

A tak się składa, że w Danii wiele ludzi prowadzi życie co najmniej satysfakcjonujące, z „drobną” pomocą Państwa.

Welfere model, czyli Państwo opiekuńcze, z którego Duńczycy są bardzo dumni (przy okazji prawie każdych zajęć szkolnych, w których uczestniczyłam, czy to
z antropologii, socjologii czy ekonomii wątek Państwa Opiekuńczego zawsze był poruszany), ma wiele zalet.

Studenci na przykład.

Każdy student w okresie 6 lat studiów (wliczony jest w to tzw. gap year, który jest tak samo popularny, jak w Polsce nie jest), otrzymuje od Państwa pensję około 2 tysiecy złotych miesięcznie, niezależnie od tego, jakie ma oceny. Dodatkowo w czasie studiów, na 3 roku, każdy ma możliwość wziąć półroczną „przerwę”, podczas której może studiować zupełnie coś innego. Jako studentka antropologii, na pół roku, mogłabym się zamienić w studentkę architektury na przykład. Nie wspominając już o możliwościach staży, stypendiów itd… Mówiąc w skrócie - możesz robić, co tylko zechcesz.

Bezrobotni z kolei.

Tracisz pracę? Nie ma problemu. Przez następne 4 lata Państwo będzie Ci wypłacać 90% pensji, która otrzymywałeś.

Rodzice.

Roczny płatny urlop macierzynski. Bardzo popularne urlopy tacierzyńskie.

Do tego dochodzi bezpłatna służba zdrowia, przedszkola i oczywiście bardzo wysokie podatki. Najniższy to 47%, najwyższy nawet 67%… I to z czego Dania może być również bardzo dumna, czyli najmniejsza różnica w zarobkach warstwy najbiedniejszej i najbogatszej.

Czyli, wszyscy jesteśmy tak samo dobrze sytuowani, mamy tak samo dużo możliwości, podobną pensję i nawet styl ubierania. Mamy również (Bogu dzięki), takie miejsce jak Christiania, która jest schronieniem dla wszystkich odmieńców i kolorowych ptaków, którzy są akceptowani, ale lepiej, żeby byli za murem odmienności.

Ale wracajac do tego szczęścia… Pomijając wspierające Państwo, które daje poczucie totalnego bezpieczeństwa i zabezpieczenia, to co pomaga Duńczykom być jeszcze szczęśliwszym, to jest ich mentalność… Otóż, jak na jednym z wykładów zdradził nam Pan Profesor, który całe swoje zawodowe życie poświęcił badaniom nad mentalnością duńską - to co sprawia, że Duńczycy są tak szczęśliwi, to ich małe oczekiwania wobec życia. Jak próbował nam to zobrazować najlepiej, wyobrażając sobie skalę marzeń… to o czym marzymy jest na wyciągnięcie ręki, a nie gdzieś hen, hen poza naszymi możliwościami… Czyli innymi słowy, oddajmy się marzeniom, ale tylko takim, które mają szansę się spełnić…

Kolejna cecha, która myślę, że może być pomocna w większym odczuwaniu przyjemności – to jest duńska, naturalna cecha bycia totalnie wyluzowanym. I co za tym idzie – powolnym. Chodząc, a raczej głównie mknąc po ulicach Kopenhagi, na mojej Julii (rowerze), nie raz odnoszę wrażenie, że tutaj wszystko dzieje się dwa razy wolniej niż w Warszawie. W kawiarnii, na przykład zamawiając kawę, musisz być przygotowanym na to, że będziesz obsługiwany przez osobę, która zanim zrobi Ci kawę, nie śpiesznie umyje brudne naczynia, dokończy jeść lunch i napisze smsa. Oczywiscie wszystko z uśmiechem na twarzy i ogromną uprzejmością. Nie ma, co się śpieszyć. Czekasz długo? Pogadaj z ludźmi z kolejki.

Przy okazji wiosny, odkryłam kolejną namiętność Duńczyków. Słońce. Kochają się grzać, opalać, czytać, jeść, całować się, spać na kawałku zieleni w promieniach słońca oczywiście. Są w tym tak zacięci, że nawet jak nie jest ciepło, jak wieje wiatr (a na ogół wieje konkret), ale mają kilka promyków, od razu wskakują w krótkie spodenki, przywdziewają „ray-bany” (wszyscy te same, jak jeden brat) i się grzeją (albo tylko udają), opalają, czytaja, jedzą, całują, itd… na skrawku trawy!

Kończąc… gdy się wszystkie powyższe składniki wrzuci do jednego worka, dokładnie wymiesza i na końcu dobrze zwiąże (tak, żeby nie dopuścić do środka za dużo imigrantów i elementu obcego), można otrzymać coś na wzór krainy miodem i mlekiem płynącej…

Ot, takie idealne duńskie pudełeczko.

Zdjęcia trochę przypadkowe, ale gwarantuję, że wykonane zostały w 100% poczuciu szczęścia…

Miłego poniedziałku ♥

Opublikowano Danish Box | 1 komentarz